Jak działa astrologia?

Frag­ment dru­giej wer­sji moje­go pod­ręcz­ni­ka “Kosmicz­ne Źró­dła Jaź­ni”, szy­ko­wa­ne­go obec­nie do wyda­nia w bia­ło­stoc­kim Stu­diu Astrop­sy­cho­lo­gii)

Astro­lo­gia współ­cze­sna to nie tyl­ko spo­rzą­dza­nie horo­sko­pów czy też mniej lub bar­dziej udat­ne wiesz­cze­nie z nich ludz­kich losów albo wyni­ku naj­bliż­szych wybo­rów par­la­men­tar­nych. To tak­że wiel­ka pra­ca badaw­cza, wiel­kie poszu­ki­wa­nie spój­nej i pięk­nej teo­rii, zdol­nej poru­szyć umy­sły scep­ty­ków i prze­ko­nać nie­do­wiar­ków. Fakt, że astro­lo­gia szu­ka swej wła­snej teo­rii, dowo­dzi jej doj­rza­ło­ści, albo­wiem tyl­ko wie­dza doj­rza­ła, mają­ca w swej służ­bie praw­dzi­we wiel­kie umy­sło­wo­ści, jaką­kol­wiek poważ­ną teo­rią się inte­re­su­je.

Każ­da dzie­dzi­na ludz­kiej pene­tra­cji Rze­czy­wi­sto­ści, aby zyska­ła uzna­nie, musi mieć dwa fun­da­men­ty: pre­cy­zyj­nie nazwa­ny i opi­sa­ny przed­miot roz­wa­żań oraz sobie tyl­ko wła­ści­wą meto­dę dowo­dze­nia swych racji. Astro­lo­gia ma je rów­nież, choć mogą one być dla współ­cze­snej, wykształ­co­nej na nauko­wym świa­to­po­glą­dzie umy­sło­wo­ści nie­co szo­ku­ją­ce. Co praw­da raison d’etre nowo­cze­snej astro­lo­gii nie jest już szo­ku­ją­cy na tyle, by zostać natych­miast i bez ana­li­zy odrzu­co­ny, ale wciąż wyma­ga odro­bi­ny życz­li­wo­ści ze stro­ny odbior­cy.

Dzie­je się tak ze wszyst­kim, co nowe i dopie­ro prze­bi­ja­ją­ce się do powszech­niej­szej świa­do­mo­ści; wszel­kie takie praw­dy wyma­ga­ją odro­bi­ny życz­li­wo­ści, zanim sta­ną się tak banal­ne, że przyj­mie­my je bez zasta­no­wie­nia i naka­że­my naszym dzie­ciom, by przy­ję­ły takie twier­dze­nia jak coś oczy­wi­ste­go. Naj­la­pi­dar­niej ujął to fizyk Max Planck mówiąc, że “nowa praw­da zwy­cię­ża nie dla­te­go, że jest lep­sza, lecz dla­te­go, że wymie­ra­ją zwo­len­ni­cy sta­rej praw­dy”.

Odna­wia­jąc tedy astro­lo­gię, przy­wra­ca­jąc jej należ­ne wśród wiel­kiej wie­dzy miej­sce mamy tę miłą świa­do­mość, że poko­le­nie zde­cy­do­wa­nie “anty­astro­lo­gicz­ne” zaprze­cza­ją­ce jakim­kol­wiek powią­za­niom czło­wie­ka i Kosmo­su już powo­li odcho­dzi. Może­my zatem zado­wo­lić się postu­lo­wa­ną na wstę­pie tego tek­stu odro­bi­ną życz­li­wo­ści i w nią zbroj­ni zasta­no­wić się nad teo­re­tycz­ny­mi uza­sad­nie­nia­mi astro­lo­gii.
Pró­bę kom­plek­so­we­go wytłu­ma­cze­nia sys­te­mu podej­mu­je hipo­te­za syn­chro­nicz­no­ści, opu­bli­ko­wa­na w latach 60-tych XX w przez psy­cho­lo­ga C. G. Jun­ga i fizy­ka W. Pau­lie­go. Syn­chro­nicz­ność mia­ła­by być wg twór­ców tego poję­cia jed­ną z fun­da­men­tal­nych zasad dzia­ła­nia Wszech­świa­ta. Rze­czy­wi­stość syn­chro­nicz­na to swo­isty “prze­kła­da­niec”, któ­re­go poszcze­gól­ne war­stwy nic o sobie nie wie­dzą, lecz każ­da pod­le­ga temu same­mu wpły­wo­wi – cza­su.

Synchronia
Syn­chro­nia

Czas w takim wie­lo­war­stwo­wym świe­cie jest jed­na­ki dla wszyst­kich jego pozio­mów i – co naj­waż­niej­sze – każ­dy moment cza­su tego świa­ta ma wszyst­kich pozio­mach takie samo zna­cze­nie. W rze­czy­wi­sto­ści syn­chro­nicz­nej obo­wią­zu­je, jako jej pra­wo naczel­ne, zna­na ze “Szma­rag­do­wej Tabli­cy” zasa­da ana­lo­gii: jak na górze, tak na dole. Na mocy tego pra­wa, bada­jąc zna­cze­nie okre­ślo­ne­go momen­tu cza­su dla któ­re­go­kol­wiek pozio­mu syn­chro­nicz­ne­go świa­ta, otrzy­mu­je­my dia­gno­zę pozo­sta­łych pozio­mów. Wg Jun­ga i Pau­lie­go syn­chro­nicz­ność jest jed­ną z dwu fun­da­men­tal­nych zasad funk­cjo­no­wa­nia Wszech­świa­ta (dru­gą jest aktu­al­nie obo­wią­zu­ją­ca jako wyzna­nie wia­ry “ofi­cjal­nej” nauki przy­czy­no­wość).

Syn­chro­nicz­ność jest nadzie­ją nie tyl­ko teo­re­ty­ków astro­lo­gii. Pró­bu­je się (z powo­dze­niem) z jej pomo­cą tłu­ma­czyć wszel­kie zja­wi­ska zwią­za­ne z wró­że­niem. Kon­kret­ne sys­te­my dywi­na­cyj­ne (wró­żeb­ne) to w myśl oma­wia­nej teo­rii róż­ne mode­le przy­bli­ża­ją­ce psy­chi­kę czło­wie­ka a uży­te w takich sys­te­mach sym­bo­le (zna­ki Zodia­ku, kar­ty Taro­ta, licz­by) są wyobra­że­nia­mi two­rów, któ­re Jung nazwał był arche­ty­pa­mi i któ­re wg jego teo­rii sta­no­wią pod­sta­wo­we “cegieł­ki” psy­chi­ki. Syn­chro­nicz­no­ści doświad­cza­my, ile­kroć zacho­wu­je­my się arche­ty­po­wo, czy­li zgod­nie ze wzor­cem zma­ga­zy­no­wa­nym w tej czę­ści jaź­ni któ­ra u Jun­ga nosi nazwę nie­świa­do­mo­ści zbio­ro­wej i mia­ła­by być wro­dzo­na wszyst­kim ludziom bez wzglę­du na ich pro­we­nien­cję naro­do­wą, raso­wą, kul­tu­ro­wą i języ­ko­wą.

W przy­pad­ku astro­lo­gii świat “rów­no­le­gły” do nasze­go. ziem­skie­go, peł­ne­go zabie­ga­nia i nie widzą­ce­go na co dzień powią­zań Kosmo­su i Czło­wie­ka – to oczy­wi­ście świat pla­net, zna­ków Zodia­ku, domów i aspek­tów. W tym mode­lu nie jest wyma­ga­ne ist­nie­nie jakich­kol­wiek fizycz­nych powią­zań mię­dzy pla­ne­ta­mi a czło­wie­kiem. Pla­ne­ty to wska­zów­ki “kosmicz­ne­go zega­ra”, odmie­rza­ją­ce­go czas dane­go nam na Zie­mi życia a Zodiak i domy to tar­cza tego zega­ra. Ludz­kie ryt­my życio­we, począw­szy od ryt­mu dobo­we­go a skoń­czyw­szy na naj­dłuż­szym zna­nym dzi­siej­szej astro­lo­gii ryt­mie “dni pla­toń­skich” (26000 lat) były­by kopią ryt­mów kosmicz­nych. Jak dłu­go utrzy­mu­je się zsy­chro­ni­zo­wa­nie Kosmo­su i czło­wie­ka, tak dłu­go horo­skop ma moc obo­wią­zu­ją­cą.

Nale­ża­ło­by więc zapy­tać, czy moż­li­we jest wyrwa­nie się spod wła­dzy pla­net poprzez roze­rwa­nie wspo­mnia­nej syn­chro­nicz­no­ści? – Owszem, jest i jest to bar­dzo pro­ste – wystar­czy jaka­kol­wiek dłu­żej trwa­ją­ca izo­la­cja czło­wie­ka od bodź­ców świa­ta zewnętrz­ne­go, w psy­cho­lo­gii i psy­chia­trii zwa­na depry­wa­cją sen­so­rycz­ną. Nie­ste­ty, depry­wa­cja nie pro­wa­dzi do raju wol­ne­go od wła­dzy pla­net, lecz wręcz prze­ciw­nie – do pie­kła cho­rób umy­sło­wych i psy­chicz­nych, przy któ­rych zależ­no­ści astro­lo­gicz­ne są dopraw­dy wyba­wie­niem. Wyglą­da na to, że sta­łe odna­wia­nie i pod­trzy­my­wa­nie syn­chro­nii ze świa­tem jest warun­kiem nasze­go zdro­wia. Dal­szy z tego wnio­sek, że takie przy­pa­dło­ści jak cho­ro­by, wypad­ki loso­we itp. zmo­ry ludz­ko­ści to nie tyle “wyro­ki losu wpi­sa­ne w horo­skop”, ale wła­śnie sygna­ły, że z syn­chro­nii z horo­sko­pem wypa­dli­śmy; wte­dy rze­czy­wi­ście tran­zy­ty, pro­gre­sje, dyrek­cje, i inne meto­dy astro­lo­gicz­nych pro­gnoz mogą poin­for­mo­wać o cho­ro­bie albo innym nie­szczę­ściu. W ten oto spo­sób hipo­te­za syn­chro­nicz­na dzia­ła­nia sys­te­mu astro­lo­gicz­ne­go sta­je się jed­no­cze­śnie przy­czyn­kiem do roz­strzy­gnię­cia jed­ne­go z węzło­wych pro­ble­mów astro­lo­gii jako takiej – pro­ble­mu wol­nej woli. Syn­chro­nia powia­da: mamy wol­ną wolę, może­my uży­wać jej jak nam się żyw­nie podo­ba (tak­że do szko­dze­nia samym sobie, co współ­cze­śni ludzie z upodo­ba­niem czy­nią), ale ta wol­na wola jest cząst­ką więk­szej cało­ści. I – podob­nie jak w żywym orga­ni­zmie – jeśli jaka­kol­wiek część dzia­ła prze­ciw­ko cało­ści, jest naj­pierw “przy­wo­ły­wa­na do porząd­ku” a jeśli to nie pomo­że – izo­lo­wa­na i likwi­do­wa­na. Tą meto­dą astro­lo­gia poda­je rękę rodzą­cej się na naszych oczach świa­do­mo­ści eko­lo­gicz­nej, w któ­rej sta­łe powią­za­nie Czło­wie­ka i Kosmo­su jest pra­wem naczel­nym.

Syn­chro­nicz­ność kła­dzie nacisk mniej na przy­czy­ny powią­zań horo­sko­pu i losu a wię­cej na zna­cze­nia tych powią­zań dla czło­wie­ka. Tym samym jest ona “nie­nau­ko­wa” (bo dogma­tem nauki i nauko­wo­ści jest zwią­zek przy­czy­no­wo-skut­ko­wy) ale głę­bo­ko huma­ni­stycz­na.

Teo­rii część dru­ga, stwo­rzo­na i gło­szo­na przez auto­ra tych roz­wa­żań, łączy ele­men­ty syn­chro­nii z ele­men­ta­mi fizy­kal­ny­mi, moż­li­wy­mi do zba­da­nia i wymie­rze­nia. Jej pod­wa­li­ny stwo­rzy­li w latach 50-tych nasze­go stu­le­cia dwaj fran­cu­scy radie­ste­ci: Leon Chau­me­ry i Arnold de Beli­zal. Bada­li oni roz­kład pro­mie­nio­wań radie­ste­zyj­nych wokół roz­ma­itych brył, m. in. kuli. Oka­za­ło się, że dooko­ła swo­bod­nie zawie­szo­nej w polu magne­tycz­nym kuli poja­wia się dokład­nie dwa­na­ście stref pro­mie­nio­wa­nia, któ­re nazwa­li kolo­ra­mi radie­ste­zyj­ny­mi:

Kolory radiestezyjne (literami oznaczono nazwy kolorów promieniowania: V- zieleń ujemna, C- czarny, PCz - podczerwień, Cz - czerwony, P - pomarańczowy, Ż - żółty, Z - zielony, N - niebieski, I - indygo, F - fiolet, UF - ultrafiolet, B - biały)
Kolo­ry radie­ste­zyj­ne (lite­ra­mi ozna­czo­no nazwy kolo­rów pro­mie­nio­wa­nia: V- zie­leń ujem­na, C- czar­ny, PCz – pod­czer­wień, Cz – czer­wo­ny, P – poma­rań­czo­wy, Ż – żół­ty, Z – zie­lo­ny, N – nie­bie­ski, I – indy­go, F – fio­let, UF – ultra­fio­let, B – bia­ły)

Stre­fa naj­sil­niej­sze­go pro­mie­nio­wa­nia, w radie­ste­zji zwa­ne­go zie­le­nią ujem­ną, jest usy­tu­owa­na zawsze wzdłuż linii sił pola w kie­run­ku jego źró­dła. Nie­od­par­cie nasu­wa się tu ana­lo­gia mię­dzy doświad­cze­niem fran­cu­skich radie­ste­tów, a postu­lo­wa­nym przez astro­lo­gię ist­nie­niem Zodia­ku, któ­ry jest niczym innym jak wła­śnie takim roz­kła­dem pro­mie­nio­wań. Jeśli­by jesz­cze zało­żyć, że oddzia­ły­wa­nia radie­ste­zyj­ne i astro­lo­gicz­ne są tej samej natu­ry – mamy szkic teo­rii obja­śnia­ją­cej ist­nie­nie i dzia­ła­nie Zodia­ku.

Galaktyka
Galak­ty­ka

Z doświad­czeń radie­ste­zyj­nych prze­pro­wa­dzo­nych przez auto­ra wyni­ka, że efekt dwu­na­stu stref pro­mie­nio­wa­nia jest sil­niej­szy, jeśli kulę w polu sił wpra­wi­my w ruch obro­to­wy. Im więk­sza jest pręd­kość obro­to­wa wiru­ją­cej kuli tym bar­dziej spłasz­cza się obszar pro­mie­nio­wa­nia; jego natę­że­nie spa­da nad bie­gu­na­mi a rośnie na rów­ni­ko­wej płasz­czyź­nie kuli.

Pas
Pas

Oto poszu­ki­wa­ny model fizy­kal­ny! Bo nasze Słoń­ce jest prze­cie niczym innym jak wiel­ką, wiru­ją­cą kulą, zawie­szo­ną w polu sił pro­mie­nio­wań pocho­dzą­cych z cen­trum Galak­ty­ki. Logicz­ne jest zatem, że wokół Słoń­ca i to w płasz­czyź­nie jego obro­tu (nie­mal dokład­nie na eklip­ty­ce, bo kąt nachy­le­nia osi obro­tu Słoń­ca do eklip­ty­ki jest nie­wiel­ki) powsta­nie dwa­na­ście stref pro­mie­nio­wań radie­ste­zyj­nych, przez któ­re Zie­mia prze­cho­dzi w swej rocz­nej dro­dze. Jeśli jesz­cze wie­my z obser­wa­cji astro­no­micz­nych, że cen­trum Galak­ty­ki znaj­du­je obec­nie się w kie­run­ku wyzna­czo­nym pogra­ni­czem gwiaz­do­zbio­rów Strzel­ca i Kozio­roż­ca; że opi­sa­ne przez Chaumery’ego i de Beli­za­la dzia­ła­nie zie­le­ni ujem­nej (spo­wol­nie­nie pro­ce­sów życio­wych komó­rek, wra­że­nie zabu­rze­nia bie­gu cza­su, sen­ność, sta­ny depre­syj­ne a nawet mumi­fi­ka­cja tka­nek) jest dziw­nie zbież­ne z sym­bo­li­ką Satur­na, wład­cy zna­ku Kozio­roż­ca – mamy rze­czy­wi­sty, fizycz­ny Zodiak i nasze w nim miej­sce. W świe­tle tej hipo­te­zy sen­su nabie­ra też zodiak rucho­my, nie zwią­za­ny z gwiaz­do­zbio­ra­mi a roz­po­czy­na­ją­cy się w miej­scu, gdzie jest Słoń­ce każ­de­go 22 mar­ca. Bo cały układ pro­mie­nio­wań prze­su­wa się wraz z powol­nym ruchem osi ziem­skiej (pre­ce­sją) na tle nie­gdyś koja­rzo­nych ze zna­ka­mi Zodia­ku gwiaz­do­zbio­rów.

Zapro­po­no­wa­na hipo­te­za tłu­ma­czy też dzia­ła­nie jesz­cze jed­ne­go ele­men­tu astro­lo­gii, mia­no­wi­cie ukła­du domów. Bo i Zie­mia jest wiru­ją­cą kulą zawie­szo­ną w polu sił (tym razem pocho­dzą­cych od Słoń­ca) i dają­cą efekt roz­sz­cze­pie­nia pro­mie­nio­wa­nia sło­necz­ne­go na dwa­na­ście obsza­rów. Ponie­waż zja­wi­sko to wystę­pu­je, jako się rze­kło, w płasz­czyź­nie rów­ni­ko­wej, prze­to zro­zu­mia­łe sta­je się, dla­cze­go na rów­ni­ku domy w sys­te­mach opar­tych na prze­słan­kach fizy­kal­nych (Regio­mon­ta­nus, Pla­ci­dus) mają po 30° a w mia­rę posu­wa­nia się ku bie­gu­nom ich dzia­ła­nie nie jest już tak jed­no­znacz­ne.

Dzia­ła­nie pla­net wyja­śni­my w tym mode­lu twier­dze­niem radie­ste­zyj­nym: każ­de cia­ło ma swój cha­rak­te­ry­stycz­ny “wzo­rzec” pro­mie­nio­wa­nia, moż­li­wy do ziden­ty­fi­ko­wa­nia. Pla­ne­ty mają go rów­nież. Siła ani natu­ra tego pro­mie­nio­wa­nia nie jest dokład­nie zna­na, gdyż nie zbu­do­wa­no do tej pory przy­rzą­dów zdol­nych mie­rzyć jego natę­że­nie. Moż­na więc zało­żyć, że natę­że­nie pro­mie­nio­wań pla­net jest wca­le znacz­ne – na tyle znacz­ne, żeby wpły­wać na orga­ni­zmy żywe i ich zacho­wa­nia. Naj­pew­niej w naro­dzin czło­wiek jest “pie­czę­to­wa­ny” pro­mie­nio­wa­nia­mi opi­sy­wa­ny­mi horo­sko­pem, a potem owe pro­mie­nio­wa­nia zapo­bie­ga­ją wypad­nię­ciu czło­wie­ka z syn­chro­nii z Kosmo­sem. Syn­chro­nicz­ność posłu­ży tu do nada­nia zna­czeń czy­sto ludz­kich pro­mie­nio­wa­niom docho­dzą­cym z naj­bliż­sze­go kosmicz­ne­go oto­cze­nia naszej pla­ne­ty.

Jak to się dzie­je? Jak nada­wa­ne są ano­ni­mo­wym pro­mie­nio­wa­niom radie­ste­zyj­nym owe “tre­ści czy­sto ludz­kie”? Do kon­cep­cji dwu­na­stu zna­ków Zodia­ku moż­na dojść tak­że dro­gą zupeł­nie spe­ku­la­tyw­ną, nie pro­wa­dząc badań fizycz­nych. Do tego posłu­żą nam pod­sta­wo­we podzia­ły powszech­ne w przy­ro­dzie: podzia­ły na dwa i na trzy oraz doświad­cze­nia wizu­al­ne czło­wie­ka: wra­że­nie cało­ści, pion, poziom, stro­na lewa i pra­wa oraz wyni­ka­ją­ce z tego kie­run­ki prze­strze­ni i zna­cze­nia tym kie­run­kom przy­pi­sy­wa­ne. Jako całość mamy koło zata­cza­ne przez krą­żą­ce po Zodia­ku pla­ne­ty. Koło to może­my podzie­lić na dwie rów­ne poło­wy linią pio­no­wą albo pozio­mą:

Po podzia­le pio­no­wym może­my wyróż­nić stro­ny: lewą i pra­wą a po pozio­mym górę i dół. Stro­na lewa to potocz­nej świa­do­mo­ści bar­dziej tajem­ni­ca i intu­icja – lewa na rysun­kach horo­sko­pu stro­na rze­czy­wi­ście odpo­wia­da temu, co mniej w czło­wie­ku uchwyt­ne, bar­dziej nie­po­wta­rzal­ne i jed­nost­ko­we. Stro­na pra­wa wyobra­ża racjo­na­lizm oraz zwią­za­ne z nim funk­cjo­no­wa­nie spo­łecz­ne. Dół to coś “niż­sze­go” a góra – “wyż­sze­go” od nas, ludzi. Toteż w astro­lo­gii od nie­pa­mięt­nych cza­sów gór­na część horo­sko­po­we­go koła to wszyst­ko, co “wyż­sze” (np. życie doj­rza­łe) a dol­na – to, co “niż­sze”, np. zacho­wa­nia dzie­cię­ce. Gdy połą­czy­my oba doko­na­ne przed chwi­lą podzia­ły, otrzy­ma­my czte­ry ćwiart­ki koła (przy­po­mi­nam, że tyle jest postu­lo­wa­nych przez tra­dy­cję punk­tów kar­dy­nal­nych Zodia­ku, są to począt­ki zna­ków Bara­na, Raka, Wagi i Kozio­roż­ca) a doda­jąc jesz­cze podział na trzy dosta­nie­my regu­lar­ne trzy wycin­ki po 120°:
Gdy złą­czy­my te podzia­ły na jed­nym kole, otrzy­ma­my dwa wycin­ki po 30°, czy­li począt­ki kon­cep­cji zna­ku Zodia­ku:

W natu­ral­nym ukła­dzie Zodia­ku odpo­wia­da­ją one zna­kom Raka i Strzel­ca. Umiesz­czo­ne są po pra­wej, racjo­nal­nej stro­nie koła, tej, w któ­rej w ogó­le moż­na coś zro­zu­mieć. Ta sama racjo­nal­ność doma­ga się, by czwór­ka i trój­ka prze­ni­ka­ły się nawza­jem, żeby w czę­ści wyni­kłej z podzia­łu na trzy (120°) były czte­ry wycin­ki a każ­dej czę­ści wyni­kłej z podzia­łu na czte­ry – trzy wycin­ki. Tą dro­gą osta­tecz­nie docho­dzi­my do koła zło­żo­ne­go z dwu­na­stu trzy­dzie­sto­stop­nio­wych wycin­ków – a to Zodiak wła­śnie!


I jeśli taki twór będzie przed­sta­wia­ny kolej­nym poko­le­niom uczą­cych się, jeśli jego sym­bo­li­ka sta­nie się w życiu codzien­nym nie­mal mimo­wol­na (a tak z Zodia­kiem jest – moż­na nie wie­rzyć w astro­lo­gię, ale uczy­my się o dwu­na­stu apo­sto­łach; patrzy­my na tar­czę zega­ra i widzi­my tam dwa­na­ście godzin) – będzie on z bie­giem cza­su sta­no­wił część nie­świa­do­mo­ści zbio­ro­wej, prze­ka­zy­wa­nej być może gene­tycz­nie. A prze­cie na geno­typ wpływ mogą mieć tak­że fizycz­nej natu­ry pro­mie­nio­wa­nia radie­ste­zyj­ne! W oma­wia­nej kon­cep­cji sta­ją one swo­istą “falą nośną” dla czy­sto już kul­tu­ro­wych tre­ści jakie kolej­ne poko­le­nia na Zodiak nakła­da­ją. Trzy są zatem dro­gi do Zodia­ku: jed­na nauko­wa bądź para­nau­ko­wa, uzna­ją­ca jakieś fizycz­ne oddzia­ły­wa­nia mię­dzy czło­wie­kiem a ener­gia­mi pla­ne­tar­ny­mi, dru­ga stric­te kul­tu­ro­wa, spe­ku­la­tyw­na i trze­cia, zwią­za­na z hipo­te­zą syn­chro­nii, sta­ra­ją­ca się objąć całość zja­wisk zwią­za­nych z sys­te­ma­mi dywi­na­cyj­ny­mi. Wszyst­kie trzy są rów­nie waż­ne. Wszyst­kie wno­szą tłu­ma­cze­nia czę­ścio­we, skła­da­ją­ce się jed­nak na dość spój­ne wytłu­ma­cze­nie cało­ścio­we. W chwi­li obec­nej nie ma teo­rii jed­no­rod­nej, ale jest to ten­den­cja ogól­niej­sza, bowiem i we współ­cze­snej nauce coraz czę­ściej potrzeb­na jest wie­dza inter­dy­scy­pli­nar­na. Tym więk­sza to chwa­ła dla astro­lo­gii, jeśli umie ona prze­jąć i spo­żyt­ko­wać na swo­je potrze­by teo­re­tycz­ne tak nowo­cze­sne meto­dy badaw­cze.

Wło­dzi­mierz H. Zyl­ber­tal

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Przeczytaj poprzedni wpis:
Czarny Księżyc – LILITH. Astronomia, mitologia, astrologia.

Czarny Księżyc - Lilith nie jest żadną planetą, ani też jak przypuszczano, niewidocznym astralnym satelitą Ziemi, lecz pewnym astronomicznym punktem,...

Zamknij